poniedziałek, 28 września 2015

Moje kosmetyczne hity w cenie od 3 do 20 zł!

Po ostatnich, nieco "epickich" postach, dziś w miarę krótki i zwięzły o moich ulubionych kosmetykach.
Są to w większości rzeczy łatwo dostępne, do kupienia w każdym Rossmanie, bardzo tanie - najdroższy z nich kosztuje ok. 20 zł, a na tyle przyjemne w użytkowaniu i efektywne, że są moją kosmetyczną bazą i zawsze staram się mieć je pod ręką.

Od razu dodam, że nie jestem jakoś specjalnie zafiksowana na analizowaniu składów. Owszem, staram się żeby w miarę możliwości kosmetyk był jak najbardziej naturalny, bez różnych szkodliwych dodatków, ale też nie znam się na tyle, żeby je wszystkie wyłapać, nie mam na to czasu, ani cierpliwości.. Jeżeli kosmetyk dobrze się sprawdza, dobrze działa, to już przymykam oko na skład:) Generalnie staram się unikać SLS-ów, parafiny, olejów mineralnych i wszelkich polepszaczy. 

No i też przekonałam się niejednokrotnie, że kosmetyk za 20 zł  (albo i tańszy) może być równie dobry, a nawet lepszy, niż taki za 200 zł. Często się zdarza, że  tańsze kosmetyki mają lepszy, bardziej przyjazny, naturalniejszy skład niż te drogie, które nastawione są na natychmiastowy i powierzchowny efekt. 
Już nie mówiąc o tym, że w przypadku tanich kosmetyków nie przepłacamy za markę.. 
Kremy niestety działają tylko w naskórku, więc  nie są w stanie zdziałać cudów. Mogą jedynie pomóc podtrzymać stan aktualny, ochronić przed działaniami zewnętrznymi. Nie wierzcie w efekt jak po zastosowaniu botoksu, lasera czy skalpela - guma xantan nam tego wszystkiego nie załatwi:) Zamiast kupować super drogie kremy, lepiej jest zaoszczędzić i zafundować sobie zabieg mezoterapii, czy laser z prawdziwego zdarzenia. 

Mój przegląd zaczynam od kosmetyków do oczyszczania twarzy:

1. Żel do mycia twarzy, Cien       2. Peeling do głębokiego oczyszczania twarzy, Ziaja

1. Żel do mycia twarzy, dla cery normalniej i mieszanej, marka Cien. Kosztuje ok. 5 zł, do dostania w Lidlu. 
Kupiłam go kiedyś przypadkowo, w awaryjnej sytuacji, kiedy skończył mi się jakiś inny, zazwyczaj używany.. I tak już zostałam przy tym z Lidla, kończę kolejne opakowanie:)
Żel jest łagodny, nie ma w składzie SLS, ma ma gęstą, "zwartą" konsystencję, dobrze się trzyma twarzy, można nim zrobić delikatny masaż, fajnie chłodzi skórę. Jest łagodny, nie podrażnia oczu, a jednocześnie świetnie zmywa makijaż. Po zmyciu twarzy wodą i żelem,  poprawiam jeszcze płynem micelarnym i wacikiem, ale w zasadzie nic już do zmycia nie pozostaje.

2. Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom, Ziaja, linia: Liście Manuka. Kosztuje ok. 7 zł, ja kupiłam w promocji za 5 zł:) 
Pewnie już znacie ten produkt, bo to prawdziwa gwiazda - w swojej kategorii cenowej i w ogóle:) 
Ma świetną konsystencję pasty, bardzo dobrze trzyma się na skórze, nie spływa, sprawdza się o wiele lepiej niż wszelkie inne peelingi w kremie, czy żelu. Jest gęsto naszpikowany idealnymi drobinkami ścierającymi, które pozostawiają skórę gładką jak pupa niemowlaka:) 
Oprócz tego, peeling ma w składzie oczyszczającą zieloną glinkę, więc działa dwufalowo - drobinkami i glinką, można go też pozostawić na twarzy jako maseczkę. Ma dosyć silne działanie, więc raczej nie do codziennego użytku, ale 2-3 razy w tygodniu jak najbardziej. Oczywiście, można sobie samemu regulować długość i intensywność ścierania:)

3. Maseczka żelowa z kwasem hyaluronowym, Eveline            4. Nawilżający krem wzmacniający naczynka, Lirene

sobota, 12 września 2015

"Magia sprzątania" - porządek w domu, czy raczej pranie mózgu?

Oto jest pytanie:) Od razu odpowiem, że i jedno i drugie, bo jak się przekonacie po przeczytaniu książki (ale również i mojego wpisu) - żeby zaprowadzić porządek w domu, trzeba najpierw zmodyfikować myślenie..

No, w końcu zaprowadzę porządek!

Poradniki to złoooo...

Zacznijmy jednak od tego, że jestem zdeklarowaną przeciwniczką wszelkich poradników, nigdy ich nie czytałam, a nowe tytuły pojawiające się na rynku wywołują we mnie tylko irytację. Za każdym razem wydaje mi się że ich autorzy żerują na naiwności ludzkiej, bo albo sprzedają oczywiste prawdy, albo kompletnie niewykonalne, dziwaczne "rady", robiące z nas idiotów. Uważam, że nie ma gotowych rozwiązań podanych na tacy, a do wszystkiego należy dojść samemu i swoim sposobem. Ale podświadomie pewnie boję się, że taki poradnik wypierze mi mózg, sprawi że zacznę odmawiać mantry i afirmacje, a koniec końców dołączę do jakiejś sekty;)
No tak. Dobre sobie - przecież mój blog ma w podtytule "poradnik":).. Zero konsekwencji życiowej. Czas coś z tym zrobić. Może jednak przepisy na peeling i sałatki większej krzywdy nikomu nie wyrządzą?:)


Desperate Housewife?

Dlaczego więc, mając takie nastawianie, sięgnęłam jednak po poradnik Marie Kondo? Prawdę mówiąc, to w akcie desperacji:) Zaczęłam pomału kapitulować w kwestii bałaganu. Niestety nie zostałam obdarzona genem utrzymania porządku, nie przychodzi mi to ani łatwo, ani naturalnie i  mam już szczerze dosyć wiecznego ogarniania, "odgruzowywania", konieczności ciągłego organizowania przestrzeni od nowa, nerwowego sprzątania przed przyjściem gości lub wizytą rodziców, niemożności spontanicznego zaproszenia kogoś na kawę, gubieniem wciąż potrzebnych dokumentów, notatek, itd., itp. 
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że oprócz "zwykłego" nagromadzenia dużej ilości przedmiotów na niebyt dużym metrażu, dochodzą mi jeszcze rzeczy związane z pracą, w domu trzymam też kota, no i mam siedmioletnie dziecko, które kwestię utrzymania porządku ma w głębokim poważaniu. 
Ogarnięcie tych wszystkich aspektów zajmuje mi mnóstwo czasu i uwagi. Wolałabym w tym czasie zajmować się całkiem czymś innym, szkoda mi już życia na wieczne sprzątanie, a tak naprawdę robię to non-stop.. A jeśli ciągle sprzątam, to dlaczego nie widać efektów??? No właśnie - odpowiedzią zapewne jest to, że nie potrafię ani sprzątać ani organizować odpowiednio przestrzeni..


Im więcej masz, tym więcej wyrzuć! Ale jak to (zrobić)???

Zaczęłam więc poszukiwać jakichś rad, rozwiązań - wiadomo, mamy obecnie wysyp perfekcyjnych pań domu i wyznawczyń minimalizmu, które mają swoje sposoby  na zaprowadzenie porządku i chętnie dzielą się swoimi radami.
Generalny wniosek jest oczywisty - im więcej niepotrzebnych rzeczy posiadamy (ciuchów, książek, bibelotów), tym większy bałagan się tworzy. Trzeba więc pozbyć się jak największej ilości niepotrzebnego balastu, wtedy bałagan po prostu nie będzie miał się z czego brać. Tylko jak się do tego właściwie zabrać? 

Są różne teorie, szkoły czy sposoby postępowania. Np. jednym z nich jest systematyczne porządkowanie codziennie innego pomieszczenia, lub kolejnej szafki, tak żeby ostatecznie przekopać się przez wszystkie źródła bałaganu i je unieszkodliwić. Próbowałam oczywiście tego sposobu, wytrwałam góra trzy dni, a bałagan miał się w najlepsze, bo narastał coraz bardziej w miejscach, gdzie jeszcze nie zdążyłam posprzątać, a następnie przenosił się również tam, gdzie posprzątałam na początku.. Tak, że w moim wykonaniu było to błędne koło, nie przynoszące żadnych efektów.

Zauważyłam jednak, że jeżeli jakąś rzecz umieściłam w odpowiednim dla niej miejscu - takim, do którego ona po prostu pasowała, było to miejsce łatwo dostępne i logiczne, to jest ona w nim do dnia dzisiejszego, odkładam ją tam automatycznie i nawet do głowy mi nie przyjdzie coś w tym układzie zmieniać - po prostu coś "kliknęło" i tak już zostało. 
Czyli jest jakaś nadzieja:) Jeśli jednak mamy za dużo rzeczy, to oczywiście nie dla wszystkich znajdziemy odpowiednie "miejscówki". Niepotrzebne rzeczy albo zajmą i zablokują miejsce, które im się nie należy, albo nigdzie  nie zagrzeją stałego miejsca, będą się przewalać z kąta w kąt, doprowadzając nas do białej gorączki.

Znów więc dochodzimy do wniosku, że należy się ich pozbyć.  Gdyby to jednak było takie łatwe i proste, to zrobiłabym to już dobrych parę lat temu, zamiast ciągnąć ten balast ze sobą, przy okazji kolejnych przeprowadzek, czy przestawiać kolejny raz, przemeblowując mieszkanie..
Co prawda, co jakiś czas, po prostu z wyższej konieczności, pozbywam się kilku worków niepotrzebnych rzeczy, ale są to zazwyczaj zabawki i za małe ubrania dziecięce, trochę też moich - jest to jednak działanie dość powierzchowne, nie dotykające "jądra ciemności":) Bo żeby efektywnie pozbywać się rzeczy, to nie tylko trzeba wiedzieć, jak to robić, ale i co dokładnie warto wyeliminować.


Czy w szafie wszystko gra?

Jeśli chodzi o uporządkowanie i "odchudzenie" szafy, to są też na to różne sposoby i kryteria. Jednym z nich jest np. pozbycie się ciuchów, których nie założyło się w ciągu dwóch lat, czy roku. Dla mnie jest to niestety nie do przyjęcia, ponieważ często zdarza się, że nie noszę jakiejś rzeczy nawet przez dłuższy czas, zapominam o niej, aż nagle, w pewnym momencie odkrywam ją na nowo, cieszę się jak z nowego ciucha i zaczynam eksploatować bardzo intensywnie. Byłoby to więc wylewanie dziecka z kąpielą.

Podobnie z ciuchami w niepasującym rozmiarze - akurat jestem w trakcie procesu zmiany rozmiaru (mam nadzieję, że na mniejszy), więc mam całą szafę za małych ciuchów. O wiele rozsądniejsza i mniej kosztowna będzie w takiej sytuacji zmiana rozmiaru, niż wymiana całej szafy:)

Inne kryterium to pozbycie się ubrań, które są niedopasowane stylistycznie. Z tym też gorsza sprawa, ponieważ mój styl nie jest zdefiniowany tak do końca, jest dosyć płynny, kształtuję go od lat, a od czasu do czasu wpadnie mi w oko coś pozornie nie z mojej bajki, co jednak zaintryguje mnie na tyle, że chcę to mieć. Być może sięgnę po tę rzecz w następnym sezonie, albo jeszcze w kolejnym, może w końcu przerobię na coś innego.. Więc raczej nie mogę usiąść z ołówkiem w ręku, wszystko sobie rozpisać, rozrysować, ustalić jakiś kanon i pozbyć się tego, co nie pasuje. Poza tym uważam, że takie podejście jest dosyć ograniczające, wtłaczające w pewne ramy.
Oczywiście, nie twierdzę, że powyższe metody nie będą pomocne komuś innemu, bardziej do-określonemu i konkretnemu. Jasne jest, że każdy musi szukać swojej własnej metody.


W tym szaleństwie jest metoda

Ja chyba mogę z całą pewnością stwierdzić, że swoją znalazłam właśnie w tym podręczniku o japońskiej proweniencji. Oczywiście, na początku podchodziłam do niego wyjątkowo sceptycznie, odstraszały mnie informacje, że autorka przemawia do swoich rzeczy i współczuje skarpetom:) Uznałam, że musi być mega nawiedzona i na sto procent będzie kazała odmawiać afirmacje.. Ale z drugiej strony, widząc jakie szaleństwo rozpętało się na punkcie tego niepozornego poradnika, postanowiłam sama przekonać się, o co w nim chodzi. 

Poza tym uznałam, że może te "dziwactwa" biorą się z odmienności kulturowej, bo przecież tak do końca nie rozumiemy na czym polegają inne dalekowschodnie "wynalazki", takie jak akupresura, akupunktura, czy feng shui, a przecież nie zaprzeczymy, że działają..
Tak więc książkę zakupiłam, przeczytałam w ciągu jednego wieczora i teraz, w końcu, opowiem Wam dlaczego uległam jej magii.


Zrób w mieszkaniu jesień średniowiecza

Po pierwsze, bardzo mi się podoba i bardzo do mnie przemawia (o_o) pomysł oczyszczenia domu/mieszkania od razu,  za jednym zamachem, bez certolenia się z tym przez tydzień, czy dwa i wpadania przy okazji w błędne koło. 

sobota, 5 września 2015

Instagram - w to mi graj!

Niniejszym chciałabym poinformować, że od niedawna prowadzę również konto na Instagramie:)


Będę tam oczywiście publikować "zajawki" dotyczące bloga, ale także inne obserwacje przyrodniczo-obyczajowe. Na razie jest trochę zdjęć z wakacji, jak się nauczę, to będą również "słit focie" i oczywiście zdjęcia paznokci, jeśli je w końcu pomaluję;) A i tak przypuszczam, że z czasem jego największą gwiazdą zostanie mój kot:)

A tutaj trochę zdjęć w oryginale:

Osty na koniec lata

Idealna trasa rowerowa - przez las, wzdłuż jezior.. Powidzki Park Krajobrazowy

Osta-tnie godziny złotego lata..

Leśna Madonna przeszyta promieniem.. Przy wjeździe na trasę rowerową