sobota, 12 września 2015

"Magia sprzątania" - porządek w domu, czy raczej pranie mózgu?

Oto jest pytanie:) Od razu odpowiem, że i jedno i drugie, bo jak się przekonacie po przeczytaniu książki (ale również i mojego wpisu) - żeby zaprowadzić porządek w domu, trzeba najpierw zmodyfikować myślenie..

No, w końcu zaprowadzę porządek!

Poradniki to złoooo...

Zacznijmy jednak od tego, że jestem zdeklarowaną przeciwniczką wszelkich poradników, nigdy ich nie czytałam, a nowe tytuły pojawiające się na rynku wywołują we mnie tylko irytację. Za każdym razem wydaje mi się że ich autorzy żerują na naiwności ludzkiej, bo albo sprzedają oczywiste prawdy, albo kompletnie niewykonalne, dziwaczne "rady", robiące z nas idiotów. Uważam, że nie ma gotowych rozwiązań podanych na tacy, a do wszystkiego należy dojść samemu i swoim sposobem. Ale podświadomie pewnie boję się, że taki poradnik wypierze mi mózg, sprawi że zacznę odmawiać mantry i afirmacje, a koniec końców dołączę do jakiejś sekty;)
No tak. Dobre sobie - przecież mój blog ma w podtytule "poradnik":).. Zero konsekwencji życiowej. Czas coś z tym zrobić. Może jednak przepisy na peeling i sałatki większej krzywdy nikomu nie wyrządzą?:)


Desperate Housewife?

Dlaczego więc, mając takie nastawianie, sięgnęłam jednak po poradnik Marie Kondo? Prawdę mówiąc, to w akcie desperacji:) Zaczęłam pomału kapitulować w kwestii bałaganu. Niestety nie zostałam obdarzona genem utrzymania porządku, nie przychodzi mi to ani łatwo, ani naturalnie i  mam już szczerze dosyć wiecznego ogarniania, "odgruzowywania", konieczności ciągłego organizowania przestrzeni od nowa, nerwowego sprzątania przed przyjściem gości lub wizytą rodziców, niemożności spontanicznego zaproszenia kogoś na kawę, gubieniem wciąż potrzebnych dokumentów, notatek, itd., itp. 
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że oprócz "zwykłego" nagromadzenia dużej ilości przedmiotów na niebyt dużym metrażu, dochodzą mi jeszcze rzeczy związane z pracą, w domu trzymam też kota, no i mam siedmioletnie dziecko, które kwestię utrzymania porządku ma w głębokim poważaniu. 
Ogarnięcie tych wszystkich aspektów zajmuje mi mnóstwo czasu i uwagi. Wolałabym w tym czasie zajmować się całkiem czymś innym, szkoda mi już życia na wieczne sprzątanie, a tak naprawdę robię to non-stop.. A jeśli ciągle sprzątam, to dlaczego nie widać efektów??? No właśnie - odpowiedzią zapewne jest to, że nie potrafię ani sprzątać ani organizować odpowiednio przestrzeni..


Im więcej masz, tym więcej wyrzuć! Ale jak to (zrobić)???

Zaczęłam więc poszukiwać jakichś rad, rozwiązań - wiadomo, mamy obecnie wysyp perfekcyjnych pań domu i wyznawczyń minimalizmu, które mają swoje sposoby  na zaprowadzenie porządku i chętnie dzielą się swoimi radami.
Generalny wniosek jest oczywisty - im więcej niepotrzebnych rzeczy posiadamy (ciuchów, książek, bibelotów), tym większy bałagan się tworzy. Trzeba więc pozbyć się jak największej ilości niepotrzebnego balastu, wtedy bałagan po prostu nie będzie miał się z czego brać. Tylko jak się do tego właściwie zabrać? 

Są różne teorie, szkoły czy sposoby postępowania. Np. jednym z nich jest systematyczne porządkowanie codziennie innego pomieszczenia, lub kolejnej szafki, tak żeby ostatecznie przekopać się przez wszystkie źródła bałaganu i je unieszkodliwić. Próbowałam oczywiście tego sposobu, wytrwałam góra trzy dni, a bałagan miał się w najlepsze, bo narastał coraz bardziej w miejscach, gdzie jeszcze nie zdążyłam posprzątać, a następnie przenosił się również tam, gdzie posprzątałam na początku.. Tak, że w moim wykonaniu było to błędne koło, nie przynoszące żadnych efektów.

Zauważyłam jednak, że jeżeli jakąś rzecz umieściłam w odpowiednim dla niej miejscu - takim, do którego ona po prostu pasowała, było to miejsce łatwo dostępne i logiczne, to jest ona w nim do dnia dzisiejszego, odkładam ją tam automatycznie i nawet do głowy mi nie przyjdzie coś w tym układzie zmieniać - po prostu coś "kliknęło" i tak już zostało. 
Czyli jest jakaś nadzieja:) Jeśli jednak mamy za dużo rzeczy, to oczywiście nie dla wszystkich znajdziemy odpowiednie "miejscówki". Niepotrzebne rzeczy albo zajmą i zablokują miejsce, które im się nie należy, albo nigdzie  nie zagrzeją stałego miejsca, będą się przewalać z kąta w kąt, doprowadzając nas do białej gorączki.

Znów więc dochodzimy do wniosku, że należy się ich pozbyć.  Gdyby to jednak było takie łatwe i proste, to zrobiłabym to już dobrych parę lat temu, zamiast ciągnąć ten balast ze sobą, przy okazji kolejnych przeprowadzek, czy przestawiać kolejny raz, przemeblowując mieszkanie..
Co prawda, co jakiś czas, po prostu z wyższej konieczności, pozbywam się kilku worków niepotrzebnych rzeczy, ale są to zazwyczaj zabawki i za małe ubrania dziecięce, trochę też moich - jest to jednak działanie dość powierzchowne, nie dotykające "jądra ciemności":) Bo żeby efektywnie pozbywać się rzeczy, to nie tylko trzeba wiedzieć, jak to robić, ale i co dokładnie warto wyeliminować.


Czy w szafie wszystko gra?

Jeśli chodzi o uporządkowanie i "odchudzenie" szafy, to są też na to różne sposoby i kryteria. Jednym z nich jest np. pozbycie się ciuchów, których nie założyło się w ciągu dwóch lat, czy roku. Dla mnie jest to niestety nie do przyjęcia, ponieważ często zdarza się, że nie noszę jakiejś rzeczy nawet przez dłuższy czas, zapominam o niej, aż nagle, w pewnym momencie odkrywam ją na nowo, cieszę się jak z nowego ciucha i zaczynam eksploatować bardzo intensywnie. Byłoby to więc wylewanie dziecka z kąpielą.

Podobnie z ciuchami w niepasującym rozmiarze - akurat jestem w trakcie procesu zmiany rozmiaru (mam nadzieję, że na mniejszy), więc mam całą szafę za małych ciuchów. O wiele rozsądniejsza i mniej kosztowna będzie w takiej sytuacji zmiana rozmiaru, niż wymiana całej szafy:)

Inne kryterium to pozbycie się ubrań, które są niedopasowane stylistycznie. Z tym też gorsza sprawa, ponieważ mój styl nie jest zdefiniowany tak do końca, jest dosyć płynny, kształtuję go od lat, a od czasu do czasu wpadnie mi w oko coś pozornie nie z mojej bajki, co jednak zaintryguje mnie na tyle, że chcę to mieć. Być może sięgnę po tę rzecz w następnym sezonie, albo jeszcze w kolejnym, może w końcu przerobię na coś innego.. Więc raczej nie mogę usiąść z ołówkiem w ręku, wszystko sobie rozpisać, rozrysować, ustalić jakiś kanon i pozbyć się tego, co nie pasuje. Poza tym uważam, że takie podejście jest dosyć ograniczające, wtłaczające w pewne ramy.
Oczywiście, nie twierdzę, że powyższe metody nie będą pomocne komuś innemu, bardziej do-określonemu i konkretnemu. Jasne jest, że każdy musi szukać swojej własnej metody.


W tym szaleństwie jest metoda

Ja chyba mogę z całą pewnością stwierdzić, że swoją znalazłam właśnie w tym podręczniku o japońskiej proweniencji. Oczywiście, na początku podchodziłam do niego wyjątkowo sceptycznie, odstraszały mnie informacje, że autorka przemawia do swoich rzeczy i współczuje skarpetom:) Uznałam, że musi być mega nawiedzona i na sto procent będzie kazała odmawiać afirmacje.. Ale z drugiej strony, widząc jakie szaleństwo rozpętało się na punkcie tego niepozornego poradnika, postanowiłam sama przekonać się, o co w nim chodzi. 

Poza tym uznałam, że może te "dziwactwa" biorą się z odmienności kulturowej, bo przecież tak do końca nie rozumiemy na czym polegają inne dalekowschodnie "wynalazki", takie jak akupresura, akupunktura, czy feng shui, a przecież nie zaprzeczymy, że działają..
Tak więc książkę zakupiłam, przeczytałam w ciągu jednego wieczora i teraz, w końcu, opowiem Wam dlaczego uległam jej magii.


Zrób w mieszkaniu jesień średniowiecza

Po pierwsze, bardzo mi się podoba i bardzo do mnie przemawia (o_o) pomysł oczyszczenia domu/mieszkania od razu,  za jednym zamachem, bez certolenia się z tym przez tydzień, czy dwa i wpadania przy okazji w błędne koło. 

O tak, ja muszę rezultat widzieć od razu, najszybciej jak się da, i najlepiej, żeby był on piorunujący. I o to tu też chodzi - żeby szybko zobaczyć efekt na zasadzie kontrastu do tego, co było. Jeśli spodoba nam się to, co wyłoniło się z chaosu i (a na pewno tak będzie), jeżeli w pewnym momencie zobaczymy nasze mieszkanie totalnie inne, uporządkowane, uwolnione od balastu, oddychające "pełną piersią", to na pewno nie będziemy chcieli wrócić do poprzedniego stanu  i zrobimy wszystko, żeby ten nowy porządek utrzymać. 

Bardzo mi się to założenie podoba, totalnie się z nim zgadzam i już się nie mogę doczekać, kiedy zrobię w mieszkaniu jesień średniowiecza, a potem z chaosu wyłonię nowy ład:) Oczywiście nie łudzę się, że dokonam tego w ciągu jednego dnia. Myślę, że trzeba sobie takie przedsięwzięcie jakoś zaplanować i zarezerwować na to np. cały weekend, z pewnością będzie to praca od rana do wieczora..


Nie szufladkuj, zrób "ciuchową burzę"

Od czegoś jednak trzeba zacząć te generalne porządki. Wg metody KonMari, najlepiej zacząć od selekcji ubrań, bo to pójdzie nam stosunkowo łatwo, a potem, kiedy nabierzemy już większej wprawy,  przejdziemy do tematu książek czy pamiątek, z którymi zazwyczaj trudniej się rozstać, ponieważ, wiadomo, niosą ze sobą ładunek sentymentalny.

Z poszczególnym kategoriami postępujemy też dosyć specyficznie, bo nie chodzi tu o standardowe porządkowanie najpierw szafy, a potem po kolei innych szafek i szuflad, w których przechowujemy ubrania. O nie, to było by zbyt zachowawcze i stereotypowe:) Aby dobrze podejść to tematu selekcji ubrań, należy najpierw wszystkie, ale to wszystkie ciuchy jakie posiadamy, wyciągnąć z wszelkich szaf, szuflad oraz innych zakamarków i wyrzucić je na środek pokoju:) Wtedy dopiero będziemy w stanie zobaczyć ile tak naprawdę ich posiadamy - a ilość ta może być przytłaczająca..

To jest kolejna świetna rada, ponieważ w ten sposób unikamy (nomen-omen) zaszufladkowania i odkładania rzeczy dokładnie w te same miejsca, z których je wyciągnęłyśmy. Jeżeli np. do tej pory skarpety trzymałyśmy w górnej szufladzie, to porządkując metodą tradycyjną, te skarpety, na sto procent - może w lekko okrojonym składzie - do tej samej szuflady powrócą. A jeśli zrobimy sobie "burzę ciuchów", wyrwiemy je z dotychczasowego kontekstu i porządnie przeselekcjonujemy, to może okazać się, że wszystkie rzeczy, łącznie ze skarpetami i apaszkami, z powodzeniem zmieszczą nam się w szafie, a szuflady będzie można przeznaczyć na coś innego. Otrzymamy "efekt domina", dzięki któremu wszystko może się lepiej poukładać:)

Mów do rzeczy

No dobrze - mamy więc górę ciuchów na środku pokoju, prawdopodobnie od ich ilości boli nas głowa i nie możemy uwierzyć, że należą one do jednej osoby:) Pora więc na clue programu - czyli S-E-L-E-K-C-J-Ę.
Na to Marie Kondo też ma oczywiście swoją metodę. Jest to jednocześnie jedna z najbardziej kontrowersyjnych kwestii w książce, ponieważ po części polega na osławionym "przemawianiu do rzeczy" . Być może jest to naturalne w Japonii, gdzie nadal silne są wpływy religii animistycznej, "nadającej" duszę zjawiskom przyrody, zwierzętom czy przedmiotom, u nas budzi jednak zdziwienie i konsternację..

Generalnie selekcja metodą KonMari polega na wzięciu do ręki każdej rzeczy, chwili refleksji nad nią, a następnie wspomnieniu na głos wspólnie spędzonych chwil i - jeśli chcemy się jej pozbyć - podziękowaniu za współpracę i oznajmieniu, że nasz związek dobiegł końca. Faktycznie, trochę to dziwne, ale przecież nie musimy traktować tego zbyt dosłownie:) 


Pozbądź się wyrzutów sumienia

Taki "rachunek sumienia" możemy równie dobrze zrobić w myślach i jest to dobra okazja do "rozgrzeszenia" się z zakupu nietrafionej rzeczy i pożegnania z nią bez poczucia winy. Chyba każda z nas ma w szafie takie wiszące "wyrzuty sumienia" - ciuchy w bardzo dobrym stanie (bo przecież nienoszone), kupione w nieprzemyślany sposób, pod wpływem impulsu lub chwilowej słabości. Może i są one w klasycznym, ponadczasowym fasonie, może i teoretycznie nadawałby się do noszenia, ale jakoś nam razem nie po drodze.. 

A jednak wiszą w szafie i wiszą, czekając na swój moment, który - znając życie - nigdy nie nadejdzie. Po prostu głupio nam się ich pozbyć, bo przecież wydałyśmy na nie jakieś (większe lub mniejsze) pieniądze, a teraz  tak po prostu miałyby pójść na aut? Totalnie bez sensu.. Niby tak, ale większym bezsensem jest trzymanie ich nadal w szafie. To jest ten moment, kiedy możemy powiedzieć (jednak bardziej sobie, niż tej rzeczy:)), że ok, może i wydałyśmy bez sensu pieniądze, może i nie nosiłyśmy jej w ogóle - trudno, widocznie była nam ona potrzebna tylko w momencie zakupu, być może poprawiła nam wtedy humor i tyle, na tym jej rola się skończyła. Teraz nie jest już nam potrzebna do szczęścia, dlatego dziękujemy, że była i uwalniamy się od niej bez poczucia winy.  

To wszystko brzmi dosyć emocjonalnie, ale własnie na emocjach ta metoda selekcji polega - zostawiamy w szafie tylko takie rzeczy, które wzbudzają w nas pozytywne wibracje, są nam potrzebne do szczęścia, bez których nie możemy żyć, a z resztą rozstajemy się bez żalu. 

Tu jednak pojawia się pułapka trzymania w szafie rzeczy tylko i wyłącznie ze względów sentymentalnych.. Czasami lepiej jest zachować dobre wspomnienie, niż daną rzecz fizycznie, zwłaszcza kiedy wiemy, że nigdy jej nie założymy, a ona  będzie wisieć smętnie w tej szafie na wieki. Może wtedy lepiej jest oddać ją komuś, jakiejś instytucji, która nada jej coś na kształt drugiego życia? Ewentualnie, jeśli jest to rzecz, z którą za nic nie chcemy się rozstać, to może lepiej oprawić ją w ramki i powiesić na ścianie, zamiast jakiegoś, nie do końca lubianego, obrazka?:)


Składaj składnie

Kiedy już mamy przeprowadzoną ostrą selekcję, to domyślacie się, że teraz nadchodzi pora na słynne składanie ciuchów w zgrabne prostokąciki? (zamiast - jak do tej pory - w rozlazłe kwadraty:)) Jest to rzeczywiście bardzo fajny i przydatny sposób przechowywania ubrań, jeśli oczywiście trzymamy ich część w szufladach. Wtedy te osławione prostokąciki ustawiamy grzbietami do góry, jeden obok drugiego, od jednej krawędzi szuflady do drugiej. Po otwarciu szuflady mamy pełen pogląd na jej zawartość, nic nie ukrywa się pod spodem, łatwo możemy się do każdej rzeczy dostać i bez problemu włożyć ją z powrotem. Już nie wspomnę o tym, ile miejsca możemy w ten sposób zaoszczędzić.. 

Swoich ciuchów nie trzymam w szufladach, tylko na półkach w szafie, ale muszę przyznać nieskromnie, że jakiś czas temu sama wpadłam na ten sposób składania. Układam je potem tradycyjnie jedne na drugich, ale i tak o wiele więcej ciuchów mieści się wtedy na półce, łatwo się je układa i łatwo wyciąga - bez rozwalania całej reszty nad i pod. 

System szufladowy przetestowałam natomiast na ubraniach córki, które trzymam właśnie w komodzie, no i muszę przyznać, że sprawdza się znakomicie - uzyskałam dzięki niemu dwie wolne szuflady, które w pokoju dziecięcym są na wagę złota:) 

Zdaję sobie sprawę, że taka fascynacja sposobem składania ubrań jest trochę niezdrowa, ale to i tak nic, w porównaniu z poziomem zafiksowania autorki poradnika:) Dla niej ta czynność to niemal rodzaj medytacji, a największą satysfakcję daje jej znalezienie idealnych linii podziału, które sprawiają, że nawet bezkształtna rzecz nabiera formy idealnego prostokącika:) Z drugiej strony - sztuka origami pochodzi przecież z Japonii, więc może w tym kontekście nie jest to aż takie dziwne?


Książki w ruch, albo na bruk!

Dobrze, uporałyśmy się z ciuchami, teraz przechodzimy do eliminacji książek. I tu zapewne pojawi się oburzenie - bo jak to - książki wyrzucać?? Książki to rzecz święta, tak się nie godzi! A ja znów zgodzę się z Marie Kondo, że książka to przede wszystkim przedmiot i przede wszystkim służy do czytania, a nie do gromadzenia. Nie mamy obowiązku trzymania każdej przeczytanej książki, a tym bardziej nieprzeczytanej, mimo że kiedyś, dawno temu miałyśmy taki zamiar. Oczywiście, absolutnie nie jest zalecane pozbywanie się wszystkich książek, jak leci, ale każdy z nas może wg swojego uznania, pozbyć się przynajmniej takich, które tylko niepotrzebnie zajmują miejsce i zbierają kurz. 

Książka książce nierówna. Jest przecież, rozpowszechniony teraz bardzo, rodzaj "literatury śmieciowej" - książek lekkich, łatwych i przyjemnych, których czytanie jest taką naszą "grzeszną przyjemnością". I bardzo dobrze: czyta się je szybko i tak samo szybko należy się ich pozbyć - najlepiej puścić w obieg, przekazać przyjaciółce, czy koleżankom z pracy i tyle w temacie. Gromadzenie ich na pewno nie doda nikomu splendoru:) To oczywiście taka sugestia, każdy z nas powinien sam zastanowić się, jakie książki tak naprawdę są dla niego ważne, do których będzie chciał wrócić, czytać swoim dzieciom, a może nawet przekazać potomnym (chociaż obecnie, w dobie cyfryzacji to też kwestia do dyskusji).


Z zimną krwią

Trzecią podstawową kategorią do przejrzenia są różnego rodzaju bibeloty, a wśród nich pamiątki i prezenty. To jest chyba najtrudniejsza kategoria, bo w największym stopniu obciążona wartością sentymentalną. Zwłaszcza bibeloty - prezenty. 

Tak naprawdę rzadko który trafia w stu procentach w nasz gust i podoba nam się bez zastrzeżeń, ale bardzo trudno jest się ich pozbyć, ponieważ czułybyśmy się nie fair wobec osób, które je nam podarowały. I tak - chcąc, nie chcąc - żyjemy sobie razem, przestawiając te niechciane pamiątki z miejsca na miejsce, albo upychając je po kątach. 

I tu znów z pomocą przychodzi Marie Kondo - kolejny raz robi nam pranie mózgu i tłumaczy, że taki prezent spełnił już swoją rolę, w momencie kiedy go dostaliśmy. Świadomość, że ktoś o nas pamiętał, sprawiła nam radość i o to tak naprawdę chodziło. Liczy się sam gest, a nie to co faktycznie otrzymaliśmy i co się później z tym stało. Oczywiście, jeżeli zdecydujemy się pozbyć takiego prezentu, to lepiej zrobić to dyskretnie, tak żeby osoba od której go dostaliśmy, jednak się o tym nie dowiedziała..


To już jest koniec.. A raczej nowy początek:)

To chyba takie najważniejsze sprawy, którymi chciałam się z Wami podzielić odnośnie "Magii sprzątania". Jest tam jeszcze wiele innych przydatnych trików i sposobów na uporządkowanie przestrzeni wokół siebie, ale wszystkich nie będę tu opisywać, bo wyjdzie mi kolejna książka, zresztą same doczytacie:)
I tak nieźle się wkręciłam, jak na osobę, która nie ufa poradnikom:)) Kto wie, może zacznę je teraz czytać nałogowo?:)

Najbardziej w tym wszystkim fascynuje mnie fakt, że są to w sumie  proste sprawy, wymagające jedynie zmiany spojrzenia i podejścia, a mogą zdziałać tak wiele... Jeszcze nie przeprowadziłam u siebie takiej totalnej akcji oczyszczającej, ale na pewno zrobię to wkrótce i już się cieszę na myśl, że wreszcie niektórych rzeczy pozbędę się, że w końcu dałam sobie na to przyzwolenie i że będę mogła na nowo zorganizować swoje mieszkanie. Może to będzie jakiś nowy początek?:) 

I chyba nie będzie przesady w stwierdzeniu, że takie zasady porządkowania - polegające na podejmowaniu decyzji w totalnej szczerości ze sobą i tym co czujemy - powinniśmy stosować również w innych aspektach życia. Ale przećwiczmy to najpierw na bibelotach:)

Na koniec jeszcze dodam, że jednak nie potrafię współczuć moim skarpetkom i nadal będę się nad nimi pastwić, zwijając je w kulki:) 
Jak widać, zachowuję resztki rewolucyjnej czujności, mózg jeszcze nie całkiem wyprany - znacie  może jakieś inne, fajne poradniki?:) Polećcie coś, albo podzielcie się w komentarzach swoimi refleksjami nt. "Magii sprzątania":)

Howgh!


5 komentarzy:

  1. Zakupilam ostatnio ten poradnik, ale nawet nie mialam okazji go przeczytac, bo dorwala go moja mama, potem tata i poszedl w swiat. Nie sadzilam, ze sama recenzja (Twoja) tej ksiazki, natchnie mnie do sprzatania... ale tak wlasnie sie stalo! Postanowilam zaczac zgodnie z rada od ubran. Przez ostatnie pol godziny wywalalam na srodek pokoju wszystko co mam w szafach, polkach i szufladach, a nawet w koszu na pranie... Wyszla z tego prawie pod sufit sterta! F**k! Az musialam usiasc i wrocic do Twojego wpisu, bo tak mna ten widok wstrzasnal, ze zapomnialam co dalej... Teraz chyba najgorsze - selekcja i rozstania... ufff... Trzymaj kciuki! Dzieki za inspiracje!
    Pozdrawiam,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, super, to życzę powodzenia:) obyś wytrwała i oby się udało!:)

      Usuń
  2. Ja już jestem po etapie pozbycia się zbędnych rzeczy, ale tych które mam nie potrafię odkładać na miejsce i w efekcie wciąż mam bajzel ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To gratulacje, najgorsze chyba za Tobą:) Ale faktycznie, sensowne ułożenie tego co pozostało to wyzwanie, w książce jest coś więcej na ten temat, na pewno warto poczytać:)

      Usuń
  3. Dwie uwagi co do Twojego wpisu, po pierwsze M.Kondo nigdzie nie mówi że taki proces oczyszczania mieszkania ma być szybki- 1-2 dni! Mówi raczej że to może potrwać jakiś czas (nawet kilka miesięcy). Chyba że mialas na myśli sprzątanie jednej części, np ciuchow, gdzie efekt zobaczysz po tych 2 dniach. Druga sprawa, to te skarpetki. Sprobowalam ich nie zwijac w kulke, ale 'rolowac' i na prawde zajmują mniej miejsca! Do tego gumka się nie rozciąga, co ostatnio mnie irytowalo strasznie. Niby zwykła rzecz -składanie skarpetek, a taki pożytek. :-)

    OdpowiedzUsuń