poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wszystko, co chciałybyście wiedzieć o makijażu NUDE ...

...ale wstydzicie się zapytać:) W końcu "nude" znaczy "nagi":) A w odniesieniu do makijażu oznacza make up w cielistej kolorystyce, naturalny, delikatny, prawie niewidoczny. Inaczej określa się go jako no make up look, a w wersji francuskiej le "no make up look" :). Wspominam o wersji francuskiej, bo taki własnie makijaż noszą najczęściej Paryżanki - a przynajmniej tego można się dowiedzieć ze wszystkich mnożących się jak grzyby po deszczu, podręczników francuskiego stylu (które oczywiście namiętnie czytam:)). 

Z tym że moja wersja wersja takiego makijażu jest prawdziwie bazowa, niewidoczna, bez żadnych rzucających się w oczy akcentów w postaci czerwonych ust, czy kociej kreski. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie takie elementy wprowadzić.
Ten makijaż nie będzie się też składał z 16 warstw, które naturalnie wyglądają tylko na Instagramie, po użyciu kolejnych 15 filtrów.. Zakładam, że większość z nas chce się dobrze prezentować w realu - na wakacjach, w pracy, w szkole, na uczelni .. Chcemy przez cały dzień wyglądać ładnie, świeżo i promiennie, bez efektu "zmalowania" i tapety na twarzy. 

W wykonaniu takiego niewidocznego, ale jednak upiększającego makijażu, znaczenie mają nie tyle użyte do niego kosmetyki, ile technika i kolejność ich nakładania oraz kilka trików, których być może nie znacie.  Wszystko to Wam poniżej opiszę - na zdjęciach kosmetyki pogrupowane są wg poszczególnych kategorii, ale w punktach wytłumaczę co po kolei robimy.

Na różowo, dla większej jasności, zaznaczyłam te najbardziej pomocne triki i patenciki:)

1. Po pierwsze: BAZA. Jeżeli chcemy, aby nasz makijaż przetrwał bez większego uszczerbku cały dzień, zachował świeżość i nie spłynął w upale, to na początek musimy użyć bazy pod makijaż. Jest ona wskazana zwłaszcza jeśli mamy cerę tłustą lub mieszaną. Ja właśnie jestem posiadaczką tej ostatniej, więc kupiłam kiedyś na promocji bazę "Stay Matte" Rimmela. Niestety nie byłam z niej zbytnio zadowolona, bo może i matowiła skórę, ale bardzo ciężko się na niej rozprowadzało podkład, a baza powinna to przecież ułatwiać..

Ale! Wypróbowałam opcję ze zmieszaniem bazy na wierzchu dłoni razem z podkładem i dopiero potem nałożyłam taką mieszankę na twarz - i to się sprawdza świetnie! Nie ma problemu z równomiernym rozprowadzeniem, baza przedłuża trwałość podkładu, jednocześnie dodaje mu lekkości, a twarz pozostaje matowa. Z każdą inną bazą będę postępować podobnie i Wam również polecam spróbować.

Tu zdradzę jeszcze, że ta baza pod makijaż świetnie się spisuje jako baza pod cienie do oczu. Wcześniej używałam znanej i dość drogiej bazy Art Deco. Po jej wykończeniu jakoś nie zainwestowałam w kolejne opakowanie, po prostu obywałam się bez. Aż do momentu, kiedy wypróbowałam na powiekach bazę Rimmela. Cienie świetnie się na niej utrzymują, nie wałkują się, nie zmieniają koloru, dodatkowo baza lekko napina powieki i trochę odmładza spojrzenie. Nie zauważyłam też żadnych efektów ubocznych - jakiegoś przesuszenia, czy podrażnienia.


2. PODKŁAD. W zasadzie używam dwóch podkładów na raz:) Obydwa są z serii DermaBlend Vichy. Mam jasną cerę, więc najpierw kupiłam najjaśniejszy odcień nr 15 Opal. Niestety okazał za jasny nawet jak dla mnie. Byłam niepocieszona, bo podkład miał bardzo dobre krycie, nawet przy nałożeniu bardzo cienkiej warstwy, dobrze matowił skórę i długo się trzymał. Używałam go sporadycznie jako korektora, ale uparłam się na kolejny w skali odcień z tej serii, i w końcu kupiłam Nude nr 25. Ten z kolei, wbrew swojej nazwie, okazał się za ciemny.. 
Na szczęście jednak wpadłam na pomysł, żeby zmieszać podkłady i tak otrzymałam kolor dla mnie idealny:) Co więcej, mogę go dopasowywać do aktualnego odcienia skóry - np. latem używam większej domieszki odcienia ciemniejszego. Tak że polecam takie rozwiązanie, jeśli nie możecie znaleźć tego jedynego, właściwego odcienia. 

Jak już wspominałam, przed nałożeniem mieszam oba podkłady razem z bazą - na wierzchu dłoni. Taka "paletka" ma wbrew pozorom duże znaczenie, bo z niej będziemy sobie potem wygodnie dobierać podkład, bez ryzyka, że nabierzemy go zbyt dużo i zrobimy na twarzy maskę.. Podkłady i bazę mieszam na dłoni palcem, to co zostanie na palcu rozsmarowuję smugami na policzkach i wzdłuż nosa, a  następnie rozprowadzam pędzelkiem.                                                                                                      
                                                                   
PĘDZELEK do aplikowania podkładu to wg mnie cudowny wynalazek - o wiele lepiej jest mi nakładać podkład nim, niż palcami. Pozwala rozprowadzić fluid cieńszą i bardziej równomierną warstwą, dociera we wszelkie trudno dostępne zakamarki. 
Tutaj sprzedam Wam kolejny patent: pędzelek przed użyciem należy delikatnie zwilżyć - najlepiej z odległości ok 30 cm spryskać go wodą w sprayu (w razie potrzeby lekko potem osuszyć wacikiem, czy chusteczką higieniczną) i dopiero wtedy aplikować nim podkład. Zwilżony pędzelek będzie miał lepszy poślizg na skórze, będzie chłonął mniej podkładu, a sam podkład lepiej stopi się ze skórą. No i taki masaż chłodnym, wilgotnym pędzelkiem jest bardzo orzeźwiający. 

Podkład nabieramy sobie wygodnie dotykając pędzelkiem paletki wierzchu dłoni. Rozprowadzamy go od środka twarzy na boki. Na koniec, już bez specjalnego dobierania podkładu,  "działamy" pędzelkiem  z resztką podkładu również pod oczami, w zagłębieniach między okiem a nosem i na powiekach (już wcześniej pokrytych bazą). Ten trik pozwoli nam rozjaśnić prawie niewidoczną warstewką te newralgiczne okolice i przygotować je do nałożenia właściwego korektora. A czasem nawet już go nie nakładam, bo nie ma takiej potrzeby.. 
Na koniec używam jednak palców, żeby dodatkowo wygładzić podkład, poprawić jego rozprowadzenie, zwłaszcza na konturze twarzy i lekko wklepać, żeby lepiej stopił się ze skórą. Uff, to chyba tyle wskazówek, jeśli chodzi o nakładanie podkładu - dużo tego wyszło, no ale to najważniejszy etap. 

3. KOREKTOR POD OCZY. Ostatnio używam rozświetlającego korektora Eveline z serii Art Scenic - jest ok, chociaż oczywiście bywają lepsze.. Jednak wcześniejsze rozjaśnienie okolic oczu pędzelkiem z odrobiną (naprawdę śladową ilością podkładu) sprawia, że korektor spisuje się o wiele lepiej. 
Ma on aplikator w postaci gąbeczki, więc nakładam go najpierw kropeczkami wzdłuż dolnej powieki i w "dolinie łez", a potem środkowym palcem rozklepuję bardzo dokładnie na cały obszar pod okiem i na powiece. Mam specjalny pędzelek do korektora, ale jednak wygodniej jest mi go rozprowadzać palcem. Trzeba uważać, żeby nie nałożyć zbyt dużej ilości korektora, bo będzie się potem brzydko zbierać w załamaniach. Zawsze łatwiej jest nieco dołożyć, niż pozbyć się nadmiaru. 


4. PUDER. Od bardzo długiego już czasu używam pudru prasowanego Maxa Factora nr 05 Translucent. Jest to odcień przezroczysty, który twarz matowi, ale nie pozostawia na niej widocznej warstwy, dopasowuje się do naszego odcienia skóry i nie trzeba się trudzić w znalezieniu odpowiedniego odcienia. Na strefę T, która najbardziej wymaga zmatowienia, nakładam puder gąbeczką, lekko wklepując. Następnie biorę duży pędzel, nabieram na niego jeszcze trochę purdu i omiatam nim jeszcze raz strefę T i resztę twarzy. Taki trik usunie nam ew. nadmiar pudru w środkowym pasie twarzy i jednocześnie lekko zmatowi resztę, co da naturalny efekt, bo po bokach twarzy wcale dużo pudru nie potrzeba. Pędzelkiem pudrujemy również powieki i rzęsy, które po pomalowaniu tuszem będą wyglądały na grubsze i dłuższe. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Super lunch - turbodoładowanie dla zdrowia i urody

Dzisiaj w menu pyszny lunch z gruszki i awokado, zwanego również gruszką miłości:) Wiadomo - co dwie gruszki to nie jedna:)
O zaletach gruszki pisałam we wcześniejszym poście, natomiast awokado to najzdrowszy owoc świata, o właściwościach nie do przecenienia dla naszego zdrowia i urody. Jeśli chodzi o urodę, to zwiera ono mnóstwo silnych antyutleniaczy, regeneruje skórę, opóźnia proces jej starzenia, pobudza syntezę kolagenu, nawilża od wewnątrz. Można je też oczywiście stosować zewnętrznie, w formie maseczek na twarz, ale o tym kiedy indziej:) Tutaj możecie poczytać więcej o dobroczynnym działaniu awokado. 

Mimo wszelkich swych zalet, ma ono jednak dość specyficzny smak i tłustą konsystencję, co nie każdemu pasuje i nie każdy jest jego fanem od pierwszego zjedzenia. Myślę jednak, że warto zrobić kilka podejść, popróbować go w różnych kombinacjach, z różnymi składnikami, czy przyprawami, bo z uwagi na jego cudowne działanie dla zdrowia i urody - naprawdę warto. 

Ja najbardziej lubię awokado własnie w połączeniu z gruszką. Owoce te nie dość, że wyglądają podobnie, to mają podobne niektóre właściwości i smakują razem obłędnie. 
Sałatka jest banalnie prosta w wykonaniu, oprócz awokado i gruszki potrzebna będzie też cytryna, którą skropimy owoce, aby nie ściemniały.


Awokado musi być takie akurat dojrzałe - nie za twarde i nie za miękkie. Są różne szkoły rozpoznawania "akuratnego" awokado - ja sprawdzam po prostu dotykowo, czy jest wystarczająco miękkie, ale można też sprawdzać kolor dziurki pod ogonkiem:) Tzn. jeśli awokado ma ogonek, to odłamujemy go i jeśli dziurka po nim ma kolor zielony, to znaczy że owoc jest jeszcze niedojrzały, jeśli brązowy, to przejrzały, a jeśli żółty to bingo - trafiliśmy na właściwy egzemplarz, gotowy do spożycia. Watro też zwrócić uwagę na skórkę - powinna mieć ładny zielony kolor, bez większych skaz i przebarwień. 

Jeśli mamy już nasz idealny super owoc, to przystępujemy do zrobienia sałatki. Zaczynamy od gruszki, którą po porządnym wyszorowaniu kroimy na niezbyt duże kawałki, razem ze skórką. Jeśli ktoś nie lubi, albo skórka jest szorstka i gruba, to oczywiście można bez, tylko wtedy tracimy wiele cennych składników. Gruszkę spryskujemy sokiem z cytryny żeby nie ściemniała i bierzemy się za awokado. 



niedziela, 16 sierpnia 2015

Najlepszy, domowy peeling antycellulitowy

Razem z dodatkowymi kilogramami, w pakiecie przyplątał mi się również cellulit - próbuję go zwalczać głównie od wewnątrz, za pomocą odpowiedniej diety, jednak od zewnątrz też należałoby go czymś odpowiednim potraktować.. Tak, oczywiście, wiem, że niezbędny jest ruch i regularne ćwiczenia, jednak to na razie  mój najsłabszy punkt.. 
Prędzej czy później muszę dojrzeć i do nich, ale na razie pomyślałam o jakimś specyfiku - kosmetyku.

Nie wierzę jednak w żadne sklepowe kosmetyki antycellulitowe, typu balsamy, kremy czy sera - po prostu nie mam przekonania, że w jakiś tajemniczy sposób są one w stanie przeniknąć przez naszą skórę, żeby "rozpuścić" nagromadzony pod nią nierównomiernie tłuszczyk. Przecież nie ma fizycznie takiej możliwości?

Wszystkie tego typu kosmetyki, niezależnie od swojej "półki" i ceny działają podobnie - napinają powierzchniowo skórę, sprawiając wrażenie jej wygładzenia i co za tym idzie zredukowania cellulitu, ale efekt taki utrzymuje się oczywiście tylko przez pewien czas. Taka opcja może i jest czasem przydatna, ale nie oszukujmy się - nasz cellulit nie został zredukowany, a jedynie ukryty (i powróci!). 

Co sprytniejsi producenci zalecają aplikowanie swojego kosmetyku poprzez wykonywanie regularnie specjalnego masażu, najlepiej jeszcze dwa razy dziennie(!). Jeżeli stosowanie kosmetyku nie przynosi efektu, to zawsze mają argument, że pewnie niedokładnie i niezbyt systematycznie masowałyśmy się. Ale jeśli EFEKT JEST, to uwierzcie mi, że to z pewnością zasługa masażu, a nie danego kosmetyku i równie dobrze mogłybyśmy używać zwykłej oliwki.

Na co więc postawiłam? Na masaż właśnie. I na KAWĘ, czyli na peeling kawowy, uznany, naturalny specyfik, bardzo skuteczny w walce z pomarańczową skórką. Kawa ma właściwości drenujące, usuwające nadmiar wody i toksyn z organizmu. Masaż zmielonymi ziarenkami rozgrzewa skórę, rozszerza naczynka, dzięki czemu szkodliwe substancje usuwane są szybciej i efektywniej, genialnie wygładza i ujędrnia skórę. Oczywiście w drogeriach dostępne są kosmetyki zawierające kofeinę, ale wiadomo że jej procent jest tam niewielki, a cena zazwyczaj wręcz przeciwnie.. Po co więc przepłacać, jeśli domowy specyfik będzie kosztował grosze, a przy tym jest w pełni naturalny i skuteczniejszy??

Ale kawa to nie wszystko - postanowiłam dodać jej siły i mocy i w tym celu, paradoksalnie, zmieszałam ją z błotem:)


Błoto "White Flower's Experience" pochodzi z Morza Martwego, jest w 100% naturalne, zawiera mnóstwo cennych minerałów i pierwiastków i ma za zadanie  regenerować, pielęgnować, odżywiać, oczyszczać i wygładzać skórę. 
Jest dostępne w Rossmanie i kosztuje ok.20 zł (za 500 g). Jest bardzo wydajne i oryginalnie, po rozrobieniu z odrobiną wody, jest przeznaczone do stosowania jako maseczka na twarz i na całe ciało. Mnie jakoś w tych formach za bardzo "nie podeszło" ale zmieszanie go z kawą i odrobiną olejku i zastosowanie jako peelingu i maski w jednym, to był strzał w dziesiątkę!:)


Jak dokładnie przygotować taki specyfik?

czwartek, 13 sierpnia 2015

Prawdopodobnie najzdrowsze śniadanie świata


Zaczynamy od podstaw,czyli od pysznego, mega zdrowego śniadania!


Od jakiegoś czasu próbuję zdrowo się odżywiać, żeby zgubić nadprogramowe 10 kilo, które ni stąd ni zowąd przyplątało mi się po skończeniu 40stki, i nijak nie chce sobie pójść.. Cóż robić, chcąc nie chcąc, zaczęłam interesować się (jak chyba wszyscy ostatnio) zdrowszym (ale bez przesady!:)) trybem życia i zainspirowawszy się "sałatką piękności" Heleny Rubinstein, wymyśliłam przepis na fantastyczną owsiankę. 
Jest prostszy od oryginalnego przepisu, łatwiejszy do przygotowania, ale bazuje również  na płatkach owsianych, jabłku, zawiera też mnóstwo innych zdrowych składników. Nie twierdzę, że w odmętach internetu gdzieś już podobny przepis nie funkcjonuje - pewnie tak, ale nie wiem na pewno, bo nie sprawdzałam:).

Jak więc przygotować tę fantastyczną owsiankę? Potrzebne będą nam:
  • oczywiście płatki owsiane górskie - dla mnie optymalna ilość to 5 łyżek
  • średniej wielkości jabłko lub gruszka
  • pół cytryny
  • jakieś drobne owoce sezonowe, np. borówki, maliny, truskawki a poza sezonem owoce suszone, np. jagody goji albo suszona śliwka
  • łyżka siemienia lnianego (koniecznie w ziarenkach). Oczywiście mogą to być inne zdrowe ziarenka, np. sezam, ziarna słonecznika, ostropest plamisty, czarnuszka i wiele, wiele innych. Można jak najbardziej dodać mieszankę wielu ziaren, ale w sumie nie więcej niż dwie łyżki, bo wtedy owsianka może być za ciężka..
  • garść orzechów nerkowca, może też być każdy inny rodzaj orzechów
  • konieczny będzie też blender.

Przygotowanie owsianki wygląda następująco:
Zalewamy 5 łyżek płatków owsianych przegotowaną, gorącą wodą - tak żeby pokryć wszystkie płatki i mieć jeszcze jakieś 0,5-1 cm nadwyżki. Można to zrobić wieczorem i rano mieć już od razu gotowe rozmoczone płatki, a można też rano - wtedy musimy poczekać jakieś 10-15 min żeby płatki odpowiednio nasiąkły i zmiękły.

Następnie, aby dodać rozmiękłym płatkom smaku, wciskamy do nich pół cytryny, oczywiście, uważajmy aby nie wpadły pestki. Ja nie jestem w stanie zjeść takich mdłych, nieprzyprawionych płatków, więc wcześniej dodawałam trochę soli, ale poszłam po rozum do głowy i wypróbowałam opcję z cytryną, co jest rozwiązaniem o wiele zdrowszym i smaczniejszym.

Rozmoczone płatki mieszamy z wyciśniętym sokiem z cytryny i na tym etapie dodajemy owoce suszone - wspomniane wcześniej jagody goji lub śliwkę, którą tnę nożyczkami na małe kawałeczki. 
My będziemy teraz blendować resztę składników, a suszone owoce będą się w tym czasie macerować z owsianką, nabiorą miękkości i oddadzą smak. Jeżeli używamy owoców świeżych, to dodajemy je na samym końcu.