piątek, 4 grudnia 2015

Kolejne olśnienia: tanie i dobre kosmetyki w cenie do 11 zł!

Dzisiaj zapraszam na kolejną część serii o tanich i dobrych kosmetykach - takich moich małych olśnieniach kosmetycznych, które odkryłam ostatnio, i mam nadzieję - będę odkrywać nadal.

Na początek - woda różana.
Już od jakiegoś czasu chciałam wypróbować, ale nie miałam okazji jej kupić bezpośrednio, a zamawianie przez internet nie bardzo się opłacało. Na szczęście jednak, niedaleko mnie "otworzył się"  sklep z kosmetykami indyjskimi i chyba nie muszę mówić, że po wejściu tam, czuję się jak w raju:)  Można przebierać w naturalnych olejkach do ciała, do włosów, maskach , balsamach.. I wszystko to w umiarkowanych cenach - za buteleczkę wody różanej (100 ml) zapłaciłam 5 zł. Tam kupiłam również kajal do oczu (o którym później), no i oczywiście namierzyłam o wiele więcej kosmetyków, które będę chciała przetestować, a następnie podzielię się z Wami opiniami:)

Woda różana jest naturalnym kosmetykiem (produktem ubocznym wytwarzania bardzo drogiego olejku różanego), pierwotnie i tradycyjnie stosowanym przez kobiety krajów arabskich, obecnie jest używana w zasadzie na całym świecie, oczywiście również w Indiach.

Woda, którą kupiłam ma też dodatek olejku różanego - bardzo ładnie pachnie i zapach ten dość długo się utrzymuje na skórze. Przyjemnie odświeża skórę, łagodzi ją, można nią przemywać również okolice oczu, robić okłady. Używam jej zwłaszcza po oczyszczeniu twarzy czarnym mydłem (pisałam o nim tutaj), tworzącym na skórze specyficzny film, którego nie chcę naruszać drogeryjnymi tonikami.

Wodę różaną można też dodawać do rozrabiania innych kosmetyków (np. maseczek z glinki czy błota), dodawać do kąpieli, a w krajach azjatyckich jest wykorzystywana również w kuchni:)


Woda różana, szampon Babydream, Rossmann



Szampon dla dzieci Babydream podebrałam córce:) Od czasu, kiedy odkryłam, że moje włosy nie tolerują cudownych szamponów naszpikowanych parabenami, silikonami i innymi slsami, używam łagodnych szamponów o prostym składzie.

Ten bardzo dobrze służy moim włosom, są po jego użyciu gładkie, błyszczące, sprężyste, jakby ujędrnione, nie puszą się, a po umyciu, przy spłukiwaniu,  aż "piszczą" z czystości (efekt, który pamiętam z dzieciństwa, a którego nie dał żaden Pantene, Dove, czy Garnier).
Jedyną jego "wadą" może być dość płynna, lekka konsystencja, która nie daje za bardzo poślizgu i sprawia, że włosy podczas mycia dosyć się plączą (zwłaszcza jeśli ma się długie gęste), ale trudno, dla efektu i tak warto się trochę pomęczyć:)



Mydło do ciała i włosów, Bania Agafii

Od czasu do czasu używam jednak do oczyszczenia włosów czegoś silniejszego - ostatnio jest to mydło do ciała i włosów z mojej ulubionej serii Bania Agafii. Odkryłam je w mojej aptece, bo wyobraźcie sobie że pojawiła się tam caaała szafa z kosmetykami tej marki, i jeszcze innymi, podobnymi firmami. Tak że jestem mega zadowolona, bo mam teraz po sąsiedzku dwa źródła tanich i dobrych kosmetyków i nie muszę już ich specjalnie zamawiać, czy  jeździć po nie do Warszawy. Oj, będzie co testować:)

Ale wracając do mydła - w zasadzie to ma ono konsystencję białej pasty, czy maseczki z glinki, zawiera właśnie glinkę wulkaniczną z Kamczatki, naturalne saponiny i oleje z roślin syberyjskich, tłoczone na zimno. Tak że, jak zawsze w przypadku tej serii, skład jest piękny i w 100% naturalny.

Pasta łatwo rozprowadza się na włosach, dobrze się pieni, jakoś specjalnie nie plącze włosów, oczywiście bardzo dobrze oczyszcza i nawet łagodnie peelinguje włosy i skórę głowy. Dodatkowo głęboko odżywia i nawilża dzięki zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych. Jest idealna do głębszego oczyszczania włosów i skóry głowy dla osób, które na co dzień używają łagodnych szamponów.



Żel arnikowy forte Flos - Lek, nawilżający krem na noc Alterra


Kolejne odkrycie to Arnica - żel arnikowy forte (znów kupiony w mojej niezawodnej aptece). Kosztował 9,90 zł za 50 ml (na promocji, normalna cena to ok. 13 zł).
Zawiera ekstrakt z arniki - 7%, troxerutin 2%, ekstrakt z aceroli 3% Przeznaczony jest do cery naczynkowej, ma redukować zaczerwienienia, obrzmienia i podpuchnięcia, tak że jest idealny do stosowania rano, jako serum pod krem (ale wieczorem też jak najbardziej). 

Ostatnio używam go zamiast ulubionej do tej pory maseczki - serum Eveline (o której pisałam tu). 
Smaruję nim całą twarz, dodatkową warstwę nakładam pod oczy i na powieki. Daje uczucie ulgi, ukojenia (szczególnie jeśli żel trzymamy w lodówce), nawilżenia, ale też lekkiego napięcia skóry. Stosuję pod krem i pod makijaż i nie zauważyłam, żeby się wałkował, czy coś w tym rodzaju. 

Nie wiem jeszcze jakie będą długofalowe efekty, czy w jakimś stopniu jest w stanie zredukować widoczność rozszerzonych naczynek, ale na pewno dzięki zawartości witaminy C może je wzmocnić oraz wpłynąć korzystnie na skórę - rozjaśnić ją i zapobiec zmarszczkom..

Nawilżający krem na noc Alterra. Kosztował ok. 8 zł. Ma naturalny skład, zawiera kwas hialuronowy, ekstrakt z białej herbaty, ekstrakt z pestek winogron, oliwę - czyli same bardzo dobre, antyoksydacyjne składniki.  
Ma fajną, nietłustą konsystencję, bardziej pasty niż kremu, dzięki czemu nie przetłuszcza skóry i nie zapycha porów. Dobrze się wchłania, nawilża, wygładza, działa trochę jak kompres. Podczas wsmarowywania najpierw pokrywa twarz białą warstwą, ale po chwili wchłania się bez śladu. Zapach ma dość specyficzny, jak dla mnie to pachnie tym z czego jest zrobiony i nie przeszkadza mi on.


Kredka do ust Kobo, kajal do oczu

Kredka do ust Kobo (202 natural) - kupiłam na promocji - 49% w Rossmanie (albo w Naturze, już nie pamiętam), kosztowała chyba ok. 7 zł. Bardzo fajna - ma naturalny kolor (oczywiście dostępne były też inne), kremową konsystencję, niby jest opisana jako shine & care, ale na szczęście nie błyszczy jakoś specjalnie, jest raczej elegancka, matowa. Wykręca się ją wygodnie z oprawki, na ustach trzyma się całkiem długo.

Kajal, sztyft do malowania oczu. To bardziej taki eksperyment, niż rozsądny zakup, do regularnego stosowania. Chciałam go jednak wypróbować od czasu kiedy w kinowym gniocie zwanym "Sex and the City", Carrie, zanim "zdradzi" swojego męża Biga z byłym chłopakiem Aidanem, maluje sobie nim (tzn. kajalem) oczy w rytm sugestywne, "niebezpiecznej" muzyki... Rzecz się dzieje w Abu-Dhabi, bodajże. Która z nas nie chce się od czasu do czasu poczuć niczym "femme fatale"?;)
Na początku nie wiedziałam za bardzo jak się nim posługiwać, myslałam, że tak jak zwykłą czarną kredką, ale jednak okazałos ię że nie do końca.. Ale o tym za chwilę.

Teraz o samym produkcie - kajal to naturalny, tradycyjny, używany  przez kobiety arabskie i hinduskie od setek lat,  produkt do malowania oczu. W krajach arabskich występuje pod nazwą kohl. Wyrabiany jest z mieszanki różnych ziół z dodatkiem olejków, skomponowanych tak, żeby oprócz zdobienia oczu, jednocześnie je pielęgnować, łagodzić różnego rodzaju podrażnienia i odświeżać spojrzenie. Jego magiczne działanie polega na obkurczaniu naczynek krwionośnych, dzięki czemu białka oczu robią się jeszcze bielsze, a oko przyobleczone w czerń wygląda niesamowicie.

Należy jednak uważać, ponieważ taki sztyft (jak i każda inna postać: proszku czy pasy) może zawierać w swoim składzie szkodliwy ołów. Najczęściej jednak ma to miejsce w przypadku kosmetyków produkowanych chałupniczo, pochodzących z niewiadomego źródła. Jeśli kupujemy taki kosmetyk w sprawdzonym i zaufanym sklepie, to nie powinno to mieć miejsca, ale i tak warto sprawdzić i upewnić się.

Tak jak wspomniałam, kosmetyk ten może występować pod różną postacią, ja kupiłam w sztyfcie (kosztował chyba 11 zł), ale potem doczytałam, że takie w paście są nawet lepsze. Być może łatwiej nakłada się je załączonym pędzelkiem, bo sztyft był dla mnie nieco problematyczny w użyciu. 

Prawidłowo powinno się go używać tak, że przykładamy jego końcówkę prostopadle do dolnej powieki, konkretnie do linii wodnej, przymykamy oko i za jednym zamachem rysujemy kreskę na linii wodnej dolnej i górnej powieki. Można przejechać raz, albo dla intensywniejszego efektu kilka razy "tam i z powrotem". 
Od pierwszego razu pewnie się nie uda, wymaga to nieco wprawy i odwagi, ale sztyft jest dość miękki, więc w razie czego nie uszkodzi oka, a tak jak pisałam wcześniej, skład jest przyjazny oku.

Wypróbowałam tę metodę, ale jednak jak dla mnie efekt jest trochę za mocny (chociaż spektakularny) - tu możecie zobaczyć (tylko się nie przestraszcie:)). Ale pomyślałam trochę, pokombinowałam i opracowałam własną metodę nakładania go:)

Otóż rysuję kreskę tylko na linii wodnej górnej powieki i troszeczkę też między rzęsami. Daje to efekt bardzo naturalnego podkreślenia i "zagęszczenia rzęs" - kreski niby nie widać, a rzęs jakby więcej:) Otrzymujemy też efekt wybielenia oka. Można też zaraz po pomalowaniu tej górnej powieki zamknąć oko,wtedy kreska z górnej linii wodnej odbije się delikatnie na dolnej i otrzymamy bardzo fajny delikatny, efekt podkreślenia oka po całości.



Na dzisiaj to już wszystko, zapraszam na kolejne odkrycia:)

3 komentarze:

  1. happy-betty.blogspot.com22 grudnia 2015 05:29

    Tez mam ta kredke do ust Kobo i jestem bardzo zadowolona. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Happy New Year!


    http://alliness.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie planuję przetestować kredkę do ust z kobo, więc może się jeszcze załapię na tę promocję ;)

    OdpowiedzUsuń