niedziela, 16 sierpnia 2015

Najlepszy, domowy peeling antycellulitowy

Razem z dodatkowymi kilogramami, w pakiecie przyplątał mi się również cellulit - próbuję go zwalczać głównie od wewnątrz, za pomocą odpowiedniej diety, jednak od zewnątrz też należałoby go czymś odpowiednim potraktować.. Tak, oczywiście, wiem, że niezbędny jest ruch i regularne ćwiczenia, jednak to na razie  mój najsłabszy punkt.. 
Prędzej czy później muszę dojrzeć i do nich, ale na razie pomyślałam o jakimś specyfiku - kosmetyku.

Nie wierzę jednak w żadne sklepowe kosmetyki antycellulitowe, typu balsamy, kremy czy sera - po prostu nie mam przekonania, że w jakiś tajemniczy sposób są one w stanie przeniknąć przez naszą skórę, żeby "rozpuścić" nagromadzony pod nią nierównomiernie tłuszczyk. Przecież nie ma fizycznie takiej możliwości?

Wszystkie tego typu kosmetyki, niezależnie od swojej "półki" i ceny działają podobnie - napinają powierzchniowo skórę, sprawiając wrażenie jej wygładzenia i co za tym idzie zredukowania cellulitu, ale efekt taki utrzymuje się oczywiście tylko przez pewien czas. Taka opcja może i jest czasem przydatna, ale nie oszukujmy się - nasz cellulit nie został zredukowany, a jedynie ukryty (i powróci!). 

Co sprytniejsi producenci zalecają aplikowanie swojego kosmetyku poprzez wykonywanie regularnie specjalnego masażu, najlepiej jeszcze dwa razy dziennie(!). Jeżeli stosowanie kosmetyku nie przynosi efektu, to zawsze mają argument, że pewnie niedokładnie i niezbyt systematycznie masowałyśmy się. Ale jeśli EFEKT JEST, to uwierzcie mi, że to z pewnością zasługa masażu, a nie danego kosmetyku i równie dobrze mogłybyśmy używać zwykłej oliwki.

Na co więc postawiłam? Na masaż właśnie. I na KAWĘ, czyli na peeling kawowy, uznany, naturalny specyfik, bardzo skuteczny w walce z pomarańczową skórką. Kawa ma właściwości drenujące, usuwające nadmiar wody i toksyn z organizmu. Masaż zmielonymi ziarenkami rozgrzewa skórę, rozszerza naczynka, dzięki czemu szkodliwe substancje usuwane są szybciej i efektywniej, genialnie wygładza i ujędrnia skórę. Oczywiście w drogeriach dostępne są kosmetyki zawierające kofeinę, ale wiadomo że jej procent jest tam niewielki, a cena zazwyczaj wręcz przeciwnie.. Po co więc przepłacać, jeśli domowy specyfik będzie kosztował grosze, a przy tym jest w pełni naturalny i skuteczniejszy??

Ale kawa to nie wszystko - postanowiłam dodać jej siły i mocy i w tym celu, paradoksalnie, zmieszałam ją z błotem:)


Błoto "White Flower's Experience" pochodzi z Morza Martwego, jest w 100% naturalne, zawiera mnóstwo cennych minerałów i pierwiastków i ma za zadanie  regenerować, pielęgnować, odżywiać, oczyszczać i wygładzać skórę. 
Jest dostępne w Rossmanie i kosztuje ok.20 zł (za 500 g). Jest bardzo wydajne i oryginalnie, po rozrobieniu z odrobiną wody, jest przeznaczone do stosowania jako maseczka na twarz i na całe ciało. Mnie jakoś w tych formach za bardzo "nie podeszło" ale zmieszanie go z kawą i odrobiną olejku i zastosowanie jako peelingu i maski w jednym, to był strzał w dziesiątkę!:)


Jak dokładnie przygotować taki specyfik?


  • Bierzemy 4-5 łyżek sproszkowanego błota, dodajemy ok. 2 łyżek wody i rozrabiamy na masę. 
  • Następnie dodajemy 1,5-2 łyżki zmielonej kawy i mieszamy z błotem. Jeżeli całość jest zbyt gęsta, to dodajemy jeszcze trochę wody, jeśli zbyt rzadka, to dodajemy trochę błota, i tak do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
  • dla lepszego poślizgu i jeszcze lepszego wygładzenia i odżywienia skóry, do mieszanki dodajemy też łyżkę olejku pielęgnacyjnego. Ja używam akurat olejku z nadbajkalskiej serii "Bańka Agafii" (genialne, naturalne kosmetyki, będzie jeszcze o nich na blogu), może być też któryś z olejków Alterry, idealny będzie olej kokosowy, albo zwykła oliwa. 
Zastosowanie:
Bierzemy normalny prysznic z użyciem jakiegoś żelu, następnie w wilgotną (ale już nie ociekającą wodą) skórę wcieramy peeling - okrężnymi ruchami , od stóp w górę. 
Ten masaż jest bardzo przyjemny i relaksujący, więc masujemy się, masujemy, a następnie zostawiamy całość na kilka minut na skórze. Dobrze wymasowana, rozgrzana skóra będzie w tym czasie chłonąć wszelkie cenne składniki z błota, kawy i olejku, a my możemy umyć zęby, zrobić peeling twarzy (ale już czymś delikatniejszym oczywiście), nałożyć maseczkę, czy cokolwiek innego. Najlepiej jednak pozostać w tym czasie w wannie, żeby nie zapaskudzić łazienki. W ogóle wygląda się wtedy jak nieboskie stworzenie, no ale docelowo mamy być boskie:) 
Potem oczywiście dokładnie spłukujemy z siebie błoto - błoto się ładnie rozpuszcza, więc nie ma obaw, że zatkamy kanalizację, a zmielone ziarenka kawy nawet ją przeczyszczają (tak twierdzą Francuzki) więc dobroczynny drenaż zapewniamy także naszym rurom:)


Potem fajnie jest nałożyć na wilgotną skórę ten sam olejek, który dodałyśmy do błotnej mieszanki, obsuszyć się pobieżnie ręcznikiem, tak żeby nie zetrzeć od razu olejku i żeby miał szansę się wchłonąć, i voila - jesteśmy jak nowe, jak po zabiegu spa!:)


Jeszcze mała uwaga, że zarówno błoto, jak i kawa działają dosyć silnie. Na błocie jest nawet napisane, że zastosowane na skórze może spowodować lekkie pieczenie i mrowienie, co jest reakcją naturalną, o ile niezbyt nasiloną.. Kawa może podziałać podobnie, więc najlepiej byłoby zrobić sobie taki testowy masaż, na ramieniu np., żeby sprawdzić jak nasza skóra zareaguje na tę mieszankę. 

Teraz już życzę przyjemnego masowania, dajcie znać jak wrażenia i efekty:)

2 komentarze:

  1. Muszę w końcu zaopatrzyć się w to błotko ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna sprawa od kilku miesięcy stosuje tylko cieżko z regularnoscia ;-)

    OdpowiedzUsuń